This post is also available in: English

Wydawałoby się, że to będzie kolejna spokojna niedziela w bazie pod Kazbekiem. Siedząc w namiocie bazowym i pracując przed komputerem, nagle słyszę „Maladoj, malodoj!” – to woła Tucho, chatar Stacji Meteo. Jest wypadek, gdzieś u góry. Na początek mowa o Niżnym Plato, później o Wyżnym. Podobno francuski turysta upadł, stracił przytomność, nic więcej nie wiadomo. Pewnie trzeba będzie tylko pomóc w zejściu do bazy. Przede mną wysokogórska akcja ratunkowa na Kazbek.

Trzeba działać. Szybko robię herbatę do termosu, pakuję do plecaka tlen w butli karbonowej, małą apteczkę z lekami wysokogórskimi i sprzęt na lodowiec. Ruszam z jednym z gruzińskich przewodników do góry, ma 21 lat. 

Słońce praży niemiłosiernie, a my szybko zdobywamy wysokość.

Podczas podejścia, gdzieś na morenie lodowca.

Biały krzyż, czarny, morena, lodowiec. Po drodze przeskakujemy przez kilka szczelin, nawet dwa razy wpadła mi noga do jednej z nich. Cały czas mam kontakt radiowy ze Stacją Meteo, oraz ratownikiem z Polski, który podchodzi do bazy. 

Po drodze dowiadujemy się od schodzących turystów, że francuz ma złamaną nogę, ale jest przytomny. Natychmiast informuję chatara przez radio, że niezbędny będzie śmigłowiec. Dostaję informację zwrotną, że jak poszkodowany będzie miał ubezpieczenie, to będzie helikopter.

Beskres śniegu na Wyżnym Plato.

Powyżej górnego plato coraz trudniej jest mi oddychać, wyraźnie czuję niszczący wpływ wysokości.

Po trzech godzinach od wyruszenia docieramy do miejsca wypadku. Wysokość ok. 4700 – 4800 m n. p. m. Nie ma tutaj zasięgu ani łączności radiowej.

Ok. 17:00 docieramy do miejsca wypadku.

Poszkodowany francuz wygląda źle, ma spuchniętą twarz oraz usta, bardzo boli go lewa noga, w szczególności okolice kolana. Przy nim czeka dwójka Rosjan oraz gruziński przewodnik, z którym wszedł na szczyt. Zatroszczyli się o jego komfort termiczny i czekają na pomoc.

Na początku nie wygląda to dobrze.

„Do you have insurace?” pytam poszkodowanego podczas wywiadu. Okazuje się, że nie. W tym momencie ucieka ze mnie cała nadzieja. Transport bez helikoptera zajmie nam całe wieki… 

Będą potrzebne nosze, oraz więcej osób do pomocy.

Czeka nas długi transport. Daję radiotelefon gruzińskim przewodnikom. Proszę ich, aby zeszli do miejsca, gdzie jest zasięg, przedstawili całą sytuację i wezwali wsparcie. 

Zabieram się za pomoc poszkodowanemu. Na początek dostaje tlen. Po chwili terapii czuje się znacznie lepiej. To niesamowite, jak ogromny wpływ ma to lekarstwo na wysokości.

Poszkodowany dostaje tlen – jedno z najlepiej działających lekarstw, jakie można podać na wysokości.

Czas zbadać nogę. Rozcinam spodnie – „ale to z wypożyczalni!” – woła. Trudno, tnę dalej. Okolice kolana są bardzo bolesne, ale nie ma rany otwartej ani krwi. Prawdopodobnie coś złego podziało się ze stawem podczas upadku. Noga bardzo go boli. Usztywniam kolano za pomocą bandaży elastycznych, rep sznura oraz kijków. 

Czas zacząć organizować transport, nie możemy tu zostać.

Próbujemy improwizowanych noszy ze śpiwora oraz liny, jednak ten patent zupełnie nie chce działać. Poszkodowany po podaniu tlenu oraz usztywnieniu nogi czuje się znacznie lepiej. „Can you try walking with us?” pytam – okazuje się, że tak. Ja podpieram go z jednej strony, pomocny Rosjanin z drugiej. W ten sposób bardzo powolutku człapiemy na dół.

Powoli, z pomocą Rosjan sprowadzamy poszkodowanego na dół.

Krytyczne w tej konfiguracji okazuje się pokonywanie szczelin.

Nie możemy obciążyć w trójkę na raz wątłych mostów śnieżnych. Na początku przechodzi jedna osoba, później poszkodowany, który jest podtrzymywany z dwóch stron i na końcu ostatni z ratowników. Pokonanie ok. 200 m deniwelacji i zejście na wyżne plato zajmuje nam ok. 2 godzin – bardzo długo. Ten sposób jest też niesamowicie męczący – zarówno dla ratowników jak i dla ratowanego. 

Na wysokości 4600 m n. p. m. dwójka ukraińskich wspinaczy rozbiła namiot. Gdy widzą nas kuśtykających z poszkodowanym, biegną z pomocą. Zwalamy się bardzo zmęczeni w ich schronieniu. 

Chwila odpoczynku, w namiocie ukraińskich turystów.

W międzyczasie wrócił gruziński przewodnik, którego wysłałem z radiotelefonem. Przekazał informację, ponoć ma przyjść pomoc. Ciężko się dogadać, nie wiem, dlaczego ale ubzdurałem sobie, że idzie ku nam czterech Gruzinów z noszami – dobre i to.

Słońce wkrótce zajdzie za szczytami gór – musimy kontynuować ewakuację.

Ukraińcy dzielą się batonami oraz gotują wodę. Dwójka Rosjan odchodzi swoim szlakiem do obozu – wchodzili na szczyt od strony Rosyjskiej. Jestem im niesamowicie wdzięczny za pomoc – byli świetni. 

Czekamy, sami nie damy rady bezpiecznie sprowadzić francuza na dół. Wysokogórska akcja ratunkowa na Kazbek trwa.

Potrzebujemy noszy i więcej osób do pomocy. Półleżąc na karimatach w namiocie, próbuję skontaktować się przez radio oraz telefon – cisza w eterze. Dlaczego francuz nie kupił ubezpieczenia – przecież w ten sposób naraża siebie i nas… 

Zanim ratownicy do nas dotrą miną przynajmniej trzy godziny – później jeszcze kilka na transport. Szykuje się długa noc.

Słońce zaczyna zachodzić za szczytami gór. Wychodzę z namiotu zrobić zdjęcie. Jest pięknie i względnie spokojnie, tylko ten wiatr tak dziwnie hałasuje.

Zachód słońca nad Wyżnym Plato.

Zaraz, to chyba nie wiatr, to… śmigłowiec!

Tak, jestem tego niemal pewny, to dźwięk łopat maszyny siekającej powietrze, która zbliża się do nas. Krzyczę z radością – „helicopter, wiertolot!!!” Nie pamiętam kiedy ostatnio poczułem tyla szczęścia spływającego na mnie w jednym momencie. 

Szybko zakładam okulary, próbuje ubrać rękawiczki, co nie jest takie proste w przypływie adrenaliny. Ustawiam ręce w Y i widzę jak ogromna maszyna Mi-17 gruzińskiej straży granicznej wzbija się ponad plato, w zachodzącym słońcu. Piękny i majestatyczny widok. Wzlatuje i za chwilę zawraca. Pilot szuka dogodnego miejsca do wylądowania. Udało się, śmigłowiec przyziemiony, wybiega z niego dwóch ratowników z noszami. Wspólnymi siłami kładziemy na nich poszkodowanego i pakujemy do Mi-17.

Wnosimy poszkodowanego na pokład śmigłowca – fot: Georgian Emergency Management Service.

Jeden z ratowników wskazuje na mnie i na drzwi – wsiadaj. Plecak – łapię się za głowę i pokazuję mu – biegnę szybko pod namiot i z powrotem do maszyny. Po drodze brakuje mi tchu. Zamykają się za mną drzwi i lecimy. 

Lekarz pokładowy bada poszkodowanego.

Szybko udzielam mu wszystkich informacji, o której był wypadek, o której dostał tlen, jakie ma objawy itp.

Poszkodowany na pokładzie śmigłowca Mi-17.

Po kilku minutach głośnego lotu śmigłowiec przyziemia przy Stacji Meto. Wysiadam i wpadam w objęcia Tucho – chatarowi. „Spasiba za wierolot!” krzyczę, nie mogąc ukryć radości. Po chwili Mi-17 ponownie wzbija się w powietrze i odlatuje z poszkodowanym w stronę Tbilisi. 

Helikopter Mi-17 Gruzińskiej straży granicznej w Stacji Meteo.

Nie wiem, czy to francuska ambasada, czy Marcin Medyk – koordynator Bezpiecznego Kazbeku stali za przylotem śmigłowca. Jestem im ogromnie wdzięczny. 

Co za dzień – to wszystko wydarzyło się tak szybko. Wysokogórska akcja ratunkowa na Kazbek zakończona pomyślnie.

Pełen wrażeń opadam wykończony na krzesło w mesie i nastawiam wodę do zagotowania. Inne jest to ratownictwo w górach wysokich, szczególności w Gruzji. Bez względu na wszystko pamiętajcie zawsze o ubezpieczeniu. 

Film Georgian Emergency Management Service o wysokogórskiej akcji ratunkowej.